Barbara Wrzesińska marzyła o karierze naukowca, zafascynowana ewolucją i wielkimi pytaniami o sens istnienia. Teatr? To była dla niej nuda. A jednak dziś nie wyobrażamy sobie polskiej sceny bez jej wyrazistej osobowości. Co sprawiło, że porzuciła przyrodę dla sztuki? Ta historia ma w sobie i przypadek, i przeznaczenie, a zaczyna się od pewnej starej sukni…
Zamiast sceny – Dolina Krzemowa?
Barbara Wrzesińska w wideo-podcaście Złotej Sceny zdradziła, że zanim została jedną z najbardziej charakterystycznych polskich aktorek, chciała… odkrywać prawdy o człowieku..
Na pewno chciałam być przyrodnikiem. Ale to nie chodziło mi tylko o kwiatki, ptaszki i rybki. Nieskromnie mówiąc – o to, czym się mniej więcej Dolina Krzemowa zajmuje. Żeby tym ludziom wreszcie powiedzieć, skąd myśmy się wzięli, gdzie idziemy i po co – mówiła.
W dzieciństwie nie znosiła teatru, mimo że rodzice zabierali ją tam niemal co tydzień. Nie miała marzeń o scenie, nie dramatyzowała, że „albo zostanie aktorką, albo umrze”. Miała za to ogromną ciekawość świata i nauki.
Uwielbiałam podróżować szlakiem książek. Monte Carlo było dla mnie takim miejscem – z biografii, z literatury, z marzeń – opowiadała Annie Jurksztowicz.
Przypadek? Niezupełnie
Punkt zwrotny przyszedł niepozornie — w liceum, kiedy klasa przygotowywała szkolny spektakl „Uczone białogłowy” Moliera. Wrzesińska miała zagrać jedną z głównych ról. Wtedy nauczycielka, znajoma legendarnej Zofii Małynicz, przyniosła do szkoły stare teatralne kostiumy.
Dostałam suknię po samej Małynicz. To były kosztowne stroje z Teatru Polskiego. Gdy ją założyłam… poczułam, jakbym się w nią wcieliła. Jakby jakaś reinkarnacja nastąpiła. Coś się we mnie otworzyło – wspomina dla Złotej Sceny.
To wydarzenie, jak sama przyznaje, było początkiem drogi, którą wcześniej uważała za kompletnie nie swoją.
Oblana matura i wielcy mistrzowie
Zgłoszenie się do szkoły teatralnej nie było jednak oczywistym wyborem.
Tata się nie zgodził. Ale też go nie zapytałam. Zresztą, jak mawiała moja babunia: każdemu to, na czym mu mniej zależy – śmieje się dziś aktorka.
Na egzaminie do szkoły teatralnej pojawiła się mimo oblanej pisemnej matury z polskiego. I choć mogłoby się wydawać, że to ją skreśla – dostała zgodę na przystąpienie do przesłuchania.
Łapicki z Rudzkim mnie zapamiętali. Kiedy wszyscy wychodzili, przypomniałam im się i wpadłam do środka. A tam cała śmietanka: Kreczmar, Zelwerowicz, Bardini, obaj Łomniccy. Nawet Zelwerowicz, głuchy już wtedy, miał specjalny fotel.
Wrzesińska rozpoczęła recytację. Jej repertuar zaskoczył wszystkich: „Deszcz jesienny” Staffa, proza Żeromskiego, „Prolog do Bezgrzesznych lat” Makuszyńskiego. Mówiła długo, z pasją, pamiętała każdy wers.
Zelwerowicz nagle mówi: ‘głos ma jak dzwon!’. Kazał mi powtórzyć. I tak mnie przyjęli – opowiada.
Miała jeden cel – rozśmieszać ludzi
Początkowo sądziła, że złoży papiery na wydział estradowy. Chciała rozśmieszać ludzi.
Mówili: estrady nie ma. Ale potem ta szkoła… spodobała mi się obłędnie! Wreszcie jakaś szkoła, w której się zakochałam!
Studiowała z Romanem Wilhelmim, grała z nim często już w trakcie szkoły, a potem w Teatrze Ateneum.
Mimo że był starszy, miałam do niego stosunek jak do młodszego, niesfornego brata. Strasznie go lubiłam – wspomina w rozmowie z Anną Jurksztowicz.
I choć dziś Barbara Wrzesińska jest uznaną aktorką, nauka i pytania o sens istnienia wciąż są jej bliskie. Artystka ceniła zawsze Alberta Einsteina jak i Stephena Hawkinga.
Nigdy nie przestałam się interesować przyrodą. Dlatego tak mnie fascynował np. Stephen Hawking. Taki człowiek – silny, pewny siebie, a jednocześnie pełen pokory wobec tajemnicy.

